9N znaczy Niepodległość?

Katalończycy wreszcie doczekali się swojego wymarzonego dnia. 9 listopada (9N) w ponad 80% zagłosowali na TAK dla Niepodległości Katalonii. I nie ważne, że do wyborczych urn nie poszła nawet połowa uprawnionych a głosowanie to tak naprawdę coś a’la badanie opinii publicznej, w dodatku nielegalne z punktu widzenia hiszpańskiej Konstytucji. Dla mieszkańców tego ponad 7,5 milionowego regionu to wielki powód do świętowania i okazja do ogłaszania wszem i wobec wielkiego sukcesu.

Atmosferę pełną politycznego napięcia było widać w Barcelonie już od kilku dni. Cały tydzień poprzedzający referendum, punktualnie o 22:00 Katalończycy wychodzili przed swoje domy, aby hałasować, uderzając w naczynia kuchenne. Tak, tak, to nie żart. Korzystali z wszystkiego, co mieli po ręką: talerzy, sztućców, szklanek. Miało to pokazać ich determinację w walce o stworzenie własnego państwa i pokazanie Madrytowi, że na niedzielnym głosowaniu stawią się licznie. I tak też się stało, tyle że zdecydowana większość z tych, którzy oddali swoje głosy to fanatyczni niemal zwolennicy Niepodległości, których mobilizacja aby być w ten dzień w Katalonii była tak duża, że potrafili nawet przelecieć ocean, aby tylko móc oddać swój głos, jak np. pewna kobieta mieszkająca na stałe w Meksyku, która bilety na lot do Hiszpanii zarezerwowała od razu, jak tylko dowiedziała się, kiedy odbędzie się głosowanie, nie zważając na ich wysoki koszt. Zwolennicy pozostania częścią Królestwa Hiszpanii na głosowanie w większości w ogóle nie poszli, uważając je za zwykłą farsę i nie widząc sensu w jego przeprowadzaniu. Tylko nieliczni zdecydowali się zaznaczyć swoją opinię, głosując dwa razy na NIE. Byli też tacy, którym wszystko było obojętne i głosowali po prostu, tak jak ich znajomi, nie interesując się niemal wcale polityką albo mając dość informacyjnego chaosu, z jednej strony słysząc przekonywania o konieczności głosowania na TAK a z drugiej kategoryczne NIE.



Wszyscy głosujący musieli odpowiedzieć na dwa pytania. Pierwsze, czy chcesz, aby Katalonia stała się niepodległym państwem i drugie, czy chcesz, aby Katalonia pozostałą częścią Hiszpanii, ale miała swój odrębny system ekonomiczny i autonomię w kwestiach finansowych. Wśród zwolenników Niepodległości zanotowano dwukrotnie odpowiedź TAK. Ci, którzy byli przeciwni podzielili się na dwie grupy: na tych, którzy zagłosowali dwa razy NIE i tych, którzy na drugie pytanie odpowiedzieli TAK.

Wiele osób, z którymi rozmawiałam na temat problemu katalońskiego nacjonalizmu zastanawiało się, o co tak naprawdę tym Katalończykom chodzi. A jeśli nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Katalonia uważa, że dostaje od Madrytu zbyt małą, nieproporcjonalną ilość pieniędzy w stosunku do tego, ile przekazuje mu w swoich podatkach. Jest w tym trochę racji bowiem Katalonia to najbogatszy region Hiszpanii, który utrzymuje biedniejsze regiony. No ale czy nie na tym polega funkcjonowanie państw? Taka sytuacja ma miejsce wszędzie. Bogatsi składają się na biednych. Warszawa utrzymuje Mazowsze, Polska Zachodnia pomaga Polsce Wschodniej, Zachodnie Niemcy pomagają byłym terytoriom NRD. I tak się dzieje nie tylko w obrębie jednego państwa, ale nawet na arenie międzynarodowej. Niemcy dokładają więcej do unijnego budżetu niż nowe kraje członkowskie. Cała Unia składa się na pomoc bankrutującej Grecji. Na całym świecie tzw. bogata Północ wspomaga biedne Południe. Problem z Katalończykami polega jednak na tym, że chcą całe swoje pieniądze zatrzymać dla siebie i nie dzielić się nimi z nikim. W dodatku chcą pozyskać najwięcej jak tylko się da, choćby wprowadzając wysoką opłatę za wejście do głównej atrakcji turystycznej Barcelony, Parku Guell, który jeszcze nie tak dawno można było zwiedzać zupełnie za darmo.

Gdy rozmawia się z niektórymi katalońskimi nacjonalistami to uderza ich niemal zerowa wiedza na temat tego, jak kraj funkcjonowałby stając się niepodległy. Prawdopodobnie przestałby być członkiem Unii Europejskiej, musiałby wprowadzić własną walutę, część zagranicznych inwestorów wycofa swoje biznesy, a ogromna liczba mieszkańców, która żyje z wynajmu mieszkań studentom, przyjeżdżającym na Erasmusa straci źródło dochodu, nie mówiąc o niskich wskaźnikach gospodarczych. Trudno bowiem liczyć na wysokie notowania agencji ratingowych w pierwszych momentach istnienia nowego państwa. Katalonia musiałaby dopiero udowodnić, że na arenie międzynarodowej jest wiarygodnym partnerem, któremu warto zaufać, powierzając swoje inwestycje. A co z wszystkim tym, co do tej pory pochodziło z Madrytu i jego pieniędzy: kolejami, lotniskami, dworcami? Nie mówiąc już o utracie dużych dofinansować z Unii Europejskiej, których duży wpływ widać choćby w Barcelonie. Katalonia musiałaby zaczynać niemal od zera. Czy poradziłaby sobie z tym wszystkim? Hiszpania potrzebuje Katalonii w swoich granicach, ale Katalonia w równym stopniu potrzebuje pomocy Hiszpanii. Większość głosujących na NIE dzisiaj jednak w ogóle się nad tym nie zastanawia. Jest nastawionych tylko i wyłącznie na cel i postawienie na swoim a wiedza o negatywnych aspektach Niepodległości, które przecież są bardzo realne jest u nich zerowa. Zachowują się zgodnie z maksymą „Musimy dostać to, czego chcemy - Niepodległość. Resztą martwić się będziemy później”. Katalończycy potrafią myśleć tylko w kategorii plusów, jakie przyniosłaby Niepodległość czyli większej z ich perspektywy liczby pieniędzy i możliwości decydowania samemu o sobie. O minusach nawet nie chcą rozmawiać, zarzucając, że to negatywna propaganda Madrytu, a innego punktu widzenia nawet nie chcą przyjąć, co zresztą świetnie podsycają katalońskie media, jak choćby czołowa telewizja TV3, jedyna i słuszna dla „każdego prawdziwego Katalończyka”, który oczywiście musi popierać Niepodległość i o nią walczyć, bo jeśli nie to jest uważany za niemal zdrajcę i lepiej się z nim nie zadawać. Dobrze widać to choćby na moim Uniwersytecie. Zwolennicy Niepodległości trzymają się razem, reszta na uboczu, bo to przecież dziwacy. Aż trudno w to uwierzyć. Podobno mowa o kraju demokratycznym, a tu jednak trochę trąci zachowaniami rodem z Putinowskiej Rosji.

Choć głosowanie, przez katalońskie media nazywane referendum, a przez hiszpańskie dyplomatycznie obywatelskimi konsultacjami, z powodu swojej nielegalności i nieuznawalności przez Madryt, niczego nie zmieni w statusie politycznym Katalonii, to niestety rozgrzeje jeszcze bardziej i tak już olbrzymie napięcie na linii Barcelona –Madryt. Katalończycy będą traktować wynik głosowania jako kartę przetargową w negocjacjach w Madrytem na temat swojej przyszłości . Na pierwszy rzut oka wydaje się, że głosowanie niewiele zmieniło, Katalonia nie stanie się nagle niepodległym państwem jednak stopniowo, jak po podobnym głosowaniu (lecz w pełni legalnym) w 2006 roku będzie się coraz bardziej oddalać od Madrytu i uciekać spod jego kontroli. Po malutko, krok po kroku. A przyszłość pokaże, do czego to doprowadzi. Póki co rząd w Madrycie nie ma żadnego pomysłu na to, jak zbliżyć Katalończyków z resztą Hiszpanii a gabinet Mariano Rajoya jest niemal ekspertem w zaognianiu sytuacji i budowaniu jeszcze większego muru. Zdecydowanie na te czasy potrzeba tutaj innego przywódcy. Broń Boże nie takiego, który będzie Katalończykom pobłażał ani nie takiego, który wyraźnie się od nich i ich postulatów odetnie, lecz stanowczego, inteligentnego polityka potrafiącego pokojowo pogodzić różne interesy. Póki co jednak nie widać na horyzoncie takiego przywódcy. Wielu nie wierzy też, że Katalończykom da się w ogóle w jakikolwiek sposób dogodzić, inaczej niż pozwalając im na całkowitą samowolkę i samodzielne decydowanie o swojej przyszłości. I że wszelkie próby prędzej czy później spełzną na niczym.

Na rozwój wydarzeń w Katalonii z niepokojem patrzy także świat. Regionów o nacjonalistycznych tendencjach nie brakuje choćby w samej Europie. Ewentualna Niepodległość dla Katalonii oznaczałaby, że reszta świata zyskałaby odwagę i pewność, że też powinna walczyć o swoje i wyjść ze swoimi dążeniami z cienia, co może oznaczać chaos w wielu regionach świata, a w Europie w szczególności.

Póki co Madryt i Barcelonę coraz więcej dzieli. Już teraz w Katalonii odrzuca się zupełnie napisy w języku hiszpańskim, eleganckie kolorowe tablice z nazwami ulic zostały zmienione na dużo brzydsze, zwykłe białe, lecz w języku katalońskim. W oknach, co drugiego domu powiewają katalońskie flagi a w publicznych instytucjach, szkołach, na uniwersytetach, w urzędach można się dogadać niemal wyłącznie po katalońsku. Ludzie oczywiście hiszpański znają, jakżeby inaczej, ale rezygnują z jego użytku, chcąc zamanifestować nienawiść do Madrytu i podkreślić swoją odrębność. Zresztą niemal wszystko jest tutaj antyhiszpańskie a kultury, dla której często tak licznie przybywają do Hiszpanii turyści, próżno tutaj szukać. Poza nielicznymi wyjątkami nie znajdziemy tutaj ani flamenco ani corridy ani wesołej muzyki, ani charakterystycznych budowli a ostatnimi czasy nawet katalońskie słońce grzeje jakby mniej, nie przypominając klimatu rodem z gorącego Costa del Sol. Jedno trzeba Katalończykom przyznać. W większości przypadków oni faktycznie nie są Hiszpanią. Widać to po języku, kulturze czy nawet zachowaniu ludzi, mniej otwartych, egocentrycznych i bardziej nieufnych.

O coraz mniej licznych konotacjach Katalonii z Madrytem może nam przypominać jedynie kuchnia: tapas, paella czy sangria są tu nadal obecne. Ciekawe tylko czy, aby nie jedynie ze względu na turystów? Bo o jakimkolwiek sentymencie wobec Hiszpanii trudno dziś mówić.
Trwa ładowanie komentarzy...